W cieniu góry Prometeusza


Obładowani winem, prowiantem od Nukriego i namiarami na sprawdzone noclegi ruszyliśmy w końcu w stronę Kaukazu Wielkiego. By dojechać do Stepantsmindy (dawniej Kazbegi) położonej na 1750 m npm trzeba było nam przejechać słynną Gruzińską Drogą Wojenną, która prowadzi do jedynego przejścia granicznego Gruzji z Rosją, a jej najwyższy punkt Przełęcz Krzyżowa położony jest na wysokości 2379 m n.p.m. Oznacza to, że droga jest spektakularna z licznymi serpentynami i zapierającymi dech w piersi widokami. Idyllę jedynie zakłócają liczne samochody ciężarowe i tutaj jak nigdzie chyba sprawdza się „gruziński” styl jazdy. Chyba każdy obowiązkowo jadąc Gruzińską Drogą Wojenną robi krótszy lub dłuższy postój przy górującej nad zalewem Zhinvali twierdzą Ananuri, która pochodzi z przełomu XVI i XII wieku i była domem dla książąt Aragwi. Z przerwy skorzystaliśmy i my, zjeżdżając samochodem na „plażę” gdzie w towarzystwie psa i krowy, w cieniu drzew i sąsiadujących ruin zrobiliśmy sobie gruziński piknik.

 Na kocu zagościła sałatka z pomidorów i ogórków, chleb, biały ser, jajka oraz wino. Nawet pies załapał się na małe, co nie co. Po tym sympatyczny przerywniku zabraliśmy się za zwiedzanie fortecy. Można się tu na tyle swobodnie poruszać, że nikt nie karci Cię za wspinanie się po stuletnich murach. Im dalej jechaliśmy od twierdzy tym bardziej droga zaczęła się piąć mocniej w górę. Mijaliśmy kolejne wioski, krowy i owce na drodze. Minęliśmy również ośrodek narciarski Gudauri, który niejako bardzo chyba chce się upodobnić od strony architektury do ośrodków austriackich czy też szwajcarskich, z raczej mizernym efektem przynajmniej teraz latem, bo pewnie kiedy spadnie śnieg i przykryje obejścia wokół domostw to jest jak w Austrii. Kolejny „must see” na Gruzińskiej Drodze Wojennej znajduje się Pomnik Przyjaźni Radziecko Gruzińskiej postawiony tutaj w 1983 roku przez Rosjan na cześć 200 rocznicy podpisania Traktatu Gieorgijewskiego. Pomnik jak to pomnik, ale za to jakie widoki z niego się rozpościerały. No i Edward w końcu doczekał się śniegu. Młody tak się sfiksował na ten śnieg, że co chwila pytał kiedy będziemy w Gruzji i w górach, bo tam przecież śnieg będzie. Chciał to go i miał. Późnym popołudniem dojechaliśmy do małego miasteczka Stepantsminda (dawniej Kazbegi), ale król szczytów kaukaskich dumnie nam się prezentował- Kazbek doskonale było go widać. Ponoć pokazuje się tylko dobrym ludziom…. Z ciekawostek to warto wspomnieć, że Kazbek to mitologiczna góra do której przywiązano Prometeusza za nieposłuszeństwo wobec bogów. Na tle góry, wysoko ponad domami wioski Gergeti odbijał się słynny chyba na cały świat kościół Cminda Sameba. Czemu słynny? Bo wystarczy wpisać „Gruzja” w wyszukiwarce internetowej i w ponad chyba 70% zobaczycie właśnie fotografie tego prawosławnego klasztoru. Cminda Sameba była też naszym głównym celem trekkingowym w dniu następnym. Z zakwaterowaniem nie mieliśmy problemu, bo dostaliśmy namiary i tak naszą noclegownią na dwa dni został dom Gia Kavatarashvili. Oczywiście wybraliśmy opcję all in, czyli nocleg ze śniadaniem i obiadokolacją, bo po pierwsze wychodzi taniej niż w restauracji, a po drugie domowe jedzenie to domowe. Żona Gii serwowała nam solidną gruzińską – górską kuchnię. By dostać się do łazienki musieliśmy przejść przez patio i wychodząc koło północy na ostatnie siku przed snem aż mnie ciarki przeszły. Oto cudownie oświetlone blaskiem księżyca ukazały się mi ośnieżone zbocza Kazbeku oraz oświetlony kościółek. Jak ja przeklinałam, że nie zabrałam statywu, bo z ręki ciężko było zrobić dobre zdjęcie.
Po solidnym śniadaniu już mieliśmy wychodzić na szlak kiedy to zaczęła się ulewa, która na szczęście trwała zaledwie godzinę i pomimo, że wątpiliśmy w szansę na dobrą pogodę ruszyliśmy zdobyć wzgórze, na którym położony jest czternastowieczny klasztor Świętej Trójcy. By dostać się na górę opcji jest mnóstwo od własnego samochodu, przez marszrutki, jazdę konną po pieszą wycieczkę. My oczywiście wybraliśmy opcję ostatnią. Sam 6 kilometrowy trekking nie był jakoś szczególnie uciążliwy, tylko im bliżej celu tym bardziej wiało, więc opcja z pikniku pod Cminda Sameba poszła w odstawkę. Zresztą ruch turystyczny tutaj jest spory, więc średnia przyjemność biesiadowania kiedy inni zaglądają ci do talerza. Zakładaliśmy by podejść pod lodowiec Gergeti, dlatego wyruszyliśmy stosunkowo wcześnie z noclegowni, ale po zwiedzeniu wnętrza skromnego kościółka ogrzewanego kozą i w obawie prze nagłą zmianą pogody zadecydowaliśmy o powrocie. Kazbek ukrył się i tak za chmurami więc wznieśliśmy na jego cześć toast czaczą z Kachetii i pędem pognaliśmy do miasteczka. Cala wycieczka trwała 4 godziny i szkoda było marnować czas na siedzeniu w czterech ścianach, dlatego postanowiliśmy dotrzeć do ujrzanego po przeciwnej stronie doliny kościółka ukrytego w lesie. Według przewodnika był to kościół Elia, który znajdował się na małym wzgórzu nieco za miastem. My nie bylibyśmy sobą gdybyśmy czegoś nie pomieszali i zamiast dostać się tam ponoć dobrze oznaczoną trasą z centrum nadłożyliśmy drogi błądząc po lesie. Już mieliśmy się poddać i zawracać, kiedy dotarliśmy do płotu, za którym widać było nasz cel. Trochę dziwnie czuliśmy się wchodząc na teren klasztoru, bo chyba akurat mnisi mieli odwiedziny i wszyscy się na nas tak dziwnie patrzyli, ale to pierwsze wrażenie było złudne. Młody chłopaczek mówiący nieco po angielsku podbiegł do Tomka i poprowadził go do kapliczki i wręczył długie świece, które zapala się tutaj w intencji, za które przyszliśmy się pomodlić. Kiedy ja robiłam jeszcze zdjęcia Tomek gonił uciekającego Edusia pędzącego jak strzała ze wzgórza. I oto nagle na drodze naszego urwisa stanął odziany w czarną długą suknię mnich. Chwycił Edusia wysoko do góry i ucałował w oba policzki. Drugi pognał szybko do budynku obok i przybiegł z cukierkami i mirabelkami dla młodego. Edi w szoku, ale z uśmiechem na twarzy odpowiedział nieśmiało madloba (po gruzińsku Dziękuję)… Aj jak szkoda, że tego rosyjskiego nie znamy na tyle dobrze by sobie pogadać.
Opuszczając kolejnego dnia Stepantsmindę zahaczyliśmy o oddaloną ok 20km Dolinę Juty. Droga do miejscowości Sno był całkiem w porządku, szeroka asfaltowa, ale z końcem wioski się też skończyła i dalej przyszło nam jechać szutrowa ścieżką. Początkowo trasa była płaska więc spokojnie jadąc podziwialiśmy zapierające dech widoki. W pewnym momencie droga zrobiła się wąska i zaczęła się piąć w górę.. Moje serce zaczęło bić coraz bardziej i coraz mocniej trzymałam się uchwytu w aucie, kiedy Tomek pokonywał niewielkie przeszkody czy strumyki. Mnie one wydawały się ogromne, zwłaszcza że za oknem widziałam krawędź urwiska, a na jego dnie daleko w dole rwącą rzekę. Po kilkunastu minutach grozy dojechaliśmy do małej wioski Juta. Zaparkowaliśmy auto pod absurdalnie wyglądającym tutaj hotelem z sauną i ruszyliśmy na 2,5 h godzinną wędrówkę. Wpierw w kierunku góry Chaukhebi mijając po drodze kemping Zeta. Następnym razem wracamy tutaj by spędzić choć jedną noc pośród wysokich szczytów Kaukazu. Później przedzierając się przez zawaloną krowim łajnem drogą pomaszerowaliśmy wzdłuż rzeki Jutistskali (Juta). Ed nie odpuszczał żadnej kałuży, musiał skakać i ganiać rozpryskując wodę na wszystkie strony. W ogromnych kałużach zauważyliśmy kijanki – lekcja biologii na żywo. Nikogo na szlaku, wściekle rycząca rzeka, potężne góry i soczysta zieleń dookoła.

Twierdza Ananuri

Wchodzić można wszędzie - Ananuri

widok z Ananuri na zalew Zhinvali

wnętrze cerkwi usłane sianem- Ananuri

Pierwszy widok na Kaukaz Wysoki z Gruzińskiej Drogi Wojennej

Momentami płaska i prosta Gruzińska Droga Wojenna

Zapierające widoki, co chwila zatrzymywaliśmy samochód

zielono dookoła - Gruzińska Droga Wojenna

  wapienne schody z trawertynu przy Gruzińskiej Drodze Wojennej

Przełęcz Krzyżowa

widok z tunelu - Gruzińska Drogi Wojenna

Pomnik Przyjaźni Rosyjsko Gruzińskiej

mozaiki wersja XXL

widok na Kaukaz z Pomnika Przyjaźni

kto odważy podejść się bliżej

czy aby te platformy były jeszcze stabilne pomimo upływu lat

Długo wyczekiwany śnieg

Pierwszy widok na Kazbek

w stronę centrum Stepantsminda

gazociąg po gruzińsku

ruszamy zdobywać Cminda Sameba

Na drodze albo konie albo krowy

najsłynniejszy z gruzińskich widoków- Cminda Sameba

Zapalmy świecę w pewnej intencji

na dowód że tam rzeczywiście byliśmy

 Stepantsminda (Kazbegi)

widok z drugiej strony  Stepantsmindy oczywiście jakby mógł być inny

Monastyr Elia

biblioteczka obok kościółka Elia

jeden z budynków klasztoru Elia

magicznie

wracamy właściwą tym razem drogą do  Stepantsmindy (Kazbegi)

no dobra - skróty też robiliśmy

widok na Kazbek na dobranoc

podążając do Doliny Juty (Dżuty)

wioska na zboczu 

Juta i wąska off -road'owa doga

Mt Chaukhebi w oddali

niebieskim szlakiem

tak blisko a jednak daleko - Mt Chaukhebi

też się załapałam na zdjęcie

punkt zwrotny z widokiem na Chaukhebi

Dolina Juty

przez wioskę z "małymi" przeszkodami

frajda dla Edika- strumyk na ścieżce

Dolina Juty (Dżuty)


Namiary na nocleg:
Gia Qavtarashvili, 
Stepantsminda (Kazbegi)
Tel. +995 599 934780, +995 551 515170
giaqavtara@gmail.com
Język rosyjski, trochę angielski.

Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty