Roma Mi Amore


Rzym wieczne miasto, stolica Włoch, bellazza (piękność) sama w sobie. Byliśmy tam już trzy razy i nadal nie mamy dość! Bo Rzym to miasto, które kochasz albo nienawidzisz. Nigdy tam niestety nie byliśmy dłużej niż dwa dni, raczej zawsze przejazdem, na jeden dzień. Ostatnio byliśmy tutaj 9 lat temu i dlatego tak bardzo tęsknimy do tych ruchliwych ulic, wąskich zakamarków, śpieszących się Włochów i cudownych zabytków. A może my już ten Rzym po prostu idealizujemy?
Od roku też planujemy załapać jakiś tani lot i w drogę, bo przecież wszystkie drogi prowadzą do Rzymu. W końcu nam się udało i już na początku marca lecimy z Katowic, szkoda jedynie, że nie na weekend, a w tygodniu (poniedziałek – piątek), ale kto tam będzie wybrzydzać skoro jeszcze w tym roku ma być zwiększony urlop pracowniczy z 26 dni do 35....

Jak już wspomniałam trzykrotnie odwiedzaliśmy Rzym i za każdym razem było inaczej. Co pamiętamy? Ano przeczytajcie sami:

Rok 2000
Przy okazji wakacji w Abruzji i darmowych międzynarodowych biletów z PKP zwanych FIPkami wpadliśmy na pomysł by pojechać na drugą stronę włoskiego buta - do Rzymu. Mieliśmy całe 7 godzin na zwiedzanie tego wyjątkowego miasta. Zawitaliśmy z samiusieńkiego rana, kiedy miasto ledwie co się budziło ze snu. Pamiętamy dobrze śniadanie przy Forum Romanum były to parówki ze słoika w zalewie pomidorowej. Biegaliśmy jak szaleni od jednego ważnego zabytku do drugiego- udało nam się zobaczyć to co najważniejsze – Koloseum, Forum Romanum, Łuk Konstantyna, Panteon, Piazza Navona, Fontanna di Trevi, Schody Hiszpańskie i Watykan- oczywiście wszystko praktycznie z zewnątrz, bo czasu nie było za wiele.

Rok 2001
Kolejne wakacje w Abruzji i kolejne darmowe bilety PKP, ale tym razem na Rzym mieliśmy cały weekend, bo się okazało, że od Tomka koleżanka ma to szczęście i mieszka w wiecznym mieście. Było niesamowicie- poznaliśmy a raczej liznęliśmy Rzym nie jako typowi turyści, ale bardziej od strony tubylców. Dodatkowo facet tej koleżanki, który był rodowitym Rzymianinem o pięknym imieniu Fabrizio. Twierdził on, że Forum Romanum to sterta kamieni i jako dzieciaki bawili się tam często z kumplami. Jeździł jak wariat- tak że serce mi momentami przestawało bić. Weekend nasz zaczął się od smacznej kolacji spaghetti con funghi i dużo chianti, później była dyskoteka na obrzeżach miasta do samego rana. W sobotę koło południa pojechaliśmy na plażę- wyglądaliśmy jak ufoludki wśród tych wszystkich plażowiczów bo chyba jako jedyni nie leżeliśmy na leżakach tylko na kocu. W powietrzu unosił się słodkawy zapach „ziółek” (jeśli wiecie co mamy na myśli), a ratownik wśród piasku wyławiał zagubiony niedopałek jakiś gości. Nocą zaś było zwiedzanie miasta i nasza miłość do Rzymu jeszcze bardziej rozkwitła. Rzym nocą to coś pięknego i nawet mycie Schodów Hiszpańskich przez służby komunalne o północy nie przeszkadzało. Jednak prawdziwym punktem kulminacyjny tego wyjazdu była niedziela i przypadkowa nasza obecność na Placu Św. Piotra w Watykanie w samo południe na Anioł Pański, kiedy to Jan Paweł II wygłaszał niedzielne kazanie. Dla nas był to ważny moment, bo po raz pierwszy i ostatni widzieliśmy „naszego” Papieża. Trochę zasmucił mnie widok klaszczących ludzi wokół, w ogóle nie uważających na to co Papież miał do przekazania, tylko coś tam w komórkach klikali lub gadali, ale jak skończył to znów oklaski. Dziwne to było.




Rok 2006
i nasza podróż poślubna- do.....oczywiście do Abruzji!!! Tym razem ze znajomymi samochodem, a że nie chcieliśmy jechać autem do Rzymu ze względu na ruch tamtejszy to pokusiliśmy się na wyjazd zorganizowany. Zadowoleni, że wycieczka za 30 euro od osoby zawiera wstępy do „najważniejszych zabytków” Rzymu ruszyliśmy autokarem z niemieckimi turystami na podbój miasta. W sumie to za te 30 euro był przejazd autokarem, bilet na metro i opłacony przewodnik, który wołał tylko ANDIAMO (idziemy), a nasze najważniejsze zabytki to były tak zwiedzane jak za pierwszym razem w 2000 roku tyle, że teraz był przewodnik i pokazywał nam w folderze- tak było a tak jest teraz i macie 5 minut na zdjęcia. Tego sierpniowego dnia było nie miłosiernie gorąco. Doszliśmy do Pizza Navona gdzie miała być dłuższa przerwa a Pan „Andiamo” zaczyna: tam jest pizza al talgio (do ręki), tam lody i za 45 minut się widzimy....O nie!!! Bunt. Nie z nami, w końcu marzyło nam się tylko by usiąść w klimatyzowanym lokalu i zjeść dobry włoski obiad. Ruszyliśmy w poszukiwania miłej restauracji a im dalej od Piazza Navona tym taniej. Szybko znaleźliśmy to czego szukaliśmy i uwierzcie w życiu zimny Heineken z zmrożonego kufla nie smakował tak dobrze. Nawet udało nam się tylko kilka minut spóźnić na ponowne spotkanie z przewodnikiem. Od tego czasu mamy jakieś takie uprzedzenia do włoskich przewodników i wolimy polegać na nas samych i przewodnikach książkowych.


A jak będzie tym razem?? Cztery noce i cztery dni i tylko my dwaj sami, pierwszy raz bez Edwarda od jego narodzin. Rzymie w marcu przybywamy.


Komentarze

  1. Życzę udanej wyprawy w marcu!
    Sam byłe dwa razy w Rzymi... w odstępie jakiś 10 lat... i nie, nic się nie zmienia.Może poza opłatami :)
    Swoją drogą też liczę na te 35 dni urlopu xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serdecznie dziękujemy :) Oby te 35 dni dali urlopu jeszcze w tym roku :D

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty