Świąteczne wędrowanie


Gdzieś tam w październiku dostaliśmy wiadomość od znajomej z propozycją spędzenia Świąt w górach, a dokładnie w Beskidzie Żywieckim. Plan był prosty 25.12 dojazd i nocleg w Ujsołach, 26.12 wędrówka z Młodej Hory na Przegibek, 27.12 dalej na Rycerzową, a 28.12 zejście i do domu. Długo nie trzeba było nam się zastanawiać, bo po bardzo pracowitych przedświątecznych tygodniach, tylko marzyliśmy o odpoczynku i to najlepiej na aktywnie.
Przyszła Wigilia, a my tylko już odliczaliśmy godziny do wyjazdu i uzupełnialiśmy listę z rzeczami, które koniecznie trzeba ze sobą zabrać w zimowe szwendanie się po górach. W dzień Bożego Narodzenia pakowanie klamotów na trzy dni wędrówki dla dwóch dorosłych i prawie trzy latka do jednego dużego plecaka i nosidła. I tak okazało się, że zapomnieliśmy o śpiworach i zabraliśmy za dużo jedzenia. Po sutym, świątecznym obiedzie u mamy w końcu ruszamy przez Czechy do Ujsoł. Cały tydzień Edusiowi mówiłam, że jak pójdziemy w te góry to na pewno będzie śnieg, bo młody z nadzieją patrzył na szarugę za oknem. Pierwszy porządny śnieg też zobaczyliśmy przejeżdżając przez Koniaków w Beskidzie Śląskim. Edi właśnie się przebudził i pełen zachwytu wołał: „ŚNIEG!!!Mamo tak jak obiecałaś” niestety wjeżdżając już do Ujsoł po śniegu nie było ani śladu. Prognozy pogody jednak zapowiadały siarczysty mróz i opady śniegu w najbliższych dnach. I faktycznie się sprawdziły, rankiem 26.12 cały nas otaczający świat pokrywała puchowa, zimna pierzynka i nadal prószył śnieg. Na wspólne świąteczne wędrowanie po górach oprócz naszej trójki ruszyła rodzina z Góry z Dzieckiem (pomysłodawcy) i czwórka z Rudy Śląskiej- w sumie 6 dorosłych i 4 dzieciaków w wieku prawie 3, prawie 4, 6 i 7 lat. Ruszyliśmy kolumną trzech samochodów stronę Ujsoły – Danielka, gdzie nasze samochody miały grzecznie czekać na nasz powrót. Po załadowaniu plecaków i nosidła, po sprawdzaniu czy aby wszystko się ze sobą niezbędnego zabrało ruszyliśmy wesołą 10-cio osobową czeladką niebieskim szlakiem przez Mładą Horę do Rycerki Dolnej. Zaraz na początku po naradzie „starszyzny wypadu” doszliśmy do wniosku, żeby Edi nie wyziębił się za szybko w nosidle my z Tomkiem pójdziemy swoim tempem i spotkamy się w Schronisku PTTK na Przegibku. Jednak trasa, która na mapie oznaczona jest jako 2h marszu nie uwzględnia tempa młodocianych piechurów i śniegu, więc oddzieliliśmy się od reszty ekipy i żwawy krokiem ruszyli przed siebie. Oczywiście nie mogło się obejść bez przygody, bo pomyliliśmy z Tomkiem nieco szlak i zamiast dotrzeć do głównego rozwidlenia szlaku niebieskiego i zielonego w Rycerce my błądziliśmy jakąś godzinę na odcinku 1 kilometrowym w poszukiwaniu właściwej drogi. Okazało się, że źle odczytaliśmy mapę, a nasi znajomi tylko dzięki urządzeniu GPS nie popełnili tego samego błędu. Przy fałszywym rozwidleniu zostawiliśmy dla reszty ekipy jeszcze strzałkę zrobioną z gałęzi myśląc, że nadal mamy nad nimi przewagę czasową. Jednak, kiedy już znaleźliśmy odpowiednio oznakowany szlak zielony na Przegibek, Tomek zauważył na śniegu mnóstwo śladów: „to musza być oni, szybko Ola musimy ich dogonić!!!” No i mało, że Edi marudził, że śnieg padał, i że byliśmy obładowani jak wielbłądy w karawanie to prawie sprintem próbowaliśmy dogonić resztę -co w końcu się udało po jakiś 500 metrach. Wieczorem przy kominku wspominaliśmy miniony dzień i obronne, gryzące konie na Mładej Horze, a dzieciaki bawiły się w kąciku dla dzieci. 






















Poranek 27.12 na Przegibku powitał nas pięknym słonecznym i mroźnym dniem. Śnieg cudownie iskrzył się i chrupał miło pod stopami. Nie tylko dzieciaki miały frajdę, ale my dorośli byliśmy uradowani z tej cudownej aury. Trasa do rozwidlenia szlaków na Wielką Raczę i Rycerzową od schroniska normalnie zajmuje 10 minut marszu my pokonaliśmy ją w przeszło 40 minut, bo co chwilę przystawaliśmy robić zdjęcia, a to postawić na nogi wywróconego dzieciaka, była i bitwa na śnieżki. Zresztą nam się nigdzie nie spieszyło, bo do zmroku daleko, a słońce tak miło świeciło. Nawet Edi dreptał radośnie przed siebie. Jednak, kiedy weszliśmy do lasu i czerwony szlak zaczął się nieco piąć w górę przyszedł czas załadować najmłodszego kompana wyprawy do nosidła, co odbiło się echem chyba aż na do Wielkiej Raczy, bo tak głośno protestował, dlatego też i tym razem odłączyliśmy się od naszej grupy i ruszyli szybkim tempem w stronę Bacówki na Rycerzowej. Edi w końcu się uspokoił i zasnął na moich plecach, a my z Tomkiem mogliśmy nieco zwolnić kroku i zachwycać się pięknem zimowego lasu. Słońce cudownie prześwitywało przez drzewa i miało się wrażenie, że wszystkie zmrożone gałązki pokryte są małymi kryształkami, bo tak cudownie reflektowały w nich promienie słoneczne. Mnie zaraz kojarzyły się czeskie i rosyjskie bajki z dzieciństwa. Las wyglądał jak piękna zimowa kraina, a widok Bacówki na Hali Rycerzowej dopełniał ideał zimowego krajobrazu. W Bacówce czekała na nas kolejna rodzinka, którą poznaliśmy podczas majowego zlotu na Turbaczu. Przy grzanym piwie i przepysznych racuchach wspominaliśmy miniony rok. Fajnie było się tak praktycznie niespodziewanie spotkać i pogadać. Kiedy oni zebrali się już w drogę powrotną my zakwaterowaliśmy się w swoim pokoiku na samym szczycie bacówki i wraz z częścią naszej ekipy ruszyliśmy zdobywać szczyt – Wielką Rycerzową 1226 m npm. Sam szczyt mocno porośnięty jest drzewami i krzewami więc mało co widać z niego, ale za to na polanie nieco poniżej roztacza się piękna panorama na Beskid Śląski, pasmo Lipowskiej i Pilska, a w dalszym planie pasmo Babiej Góry. Sama Bacówka na Rycerzowej ma fajny klimat, przez to, że do oświetlenia bacówki wykorzystywany jest agregat prądotwórczy oraz akumulatory (info z wikipedii) to prąd i dobre oświetlenie jest na krótko od 20-22, ale siedzenie przy świecach na jadalni tworzyło bardzo romantyczną atmosferę, nawet dzieciakom to bardzo nie przeszkadzało, bo do kącika zabaw chodziły z czołówkami- dodatkowa frajda.
Aż żal nam było rankiem po smacznym śniadaniu opuszczać bacówkę i ruszyć w 4 kilometrową drogą do Danielki. Aby dostać się do szlaku z bacówki musieliśmy pokonać strome wzniesienie w połowie, którego Edi stwierdził, że jednak wygodnie będzie mu w nosidle, za to 3,5 letnia Martusia pokonała je praktycznie całe zanim wygodnie zasiadła na plecaku u taty. Ogólnie trasa w dół poszła nam naprawdę sprawnie i tym razem trzymaliśmy się wszyscy razem- Edward dobrze zapakowany zasnął znów w nosidle. Im niżej schodziliśmy tym śniegu było mniej i bardziej trzeba było uważać na śliskich kamieniach i zmarzniętych błotnistych ścieżkach. Po 1,5 h byliśmy już przy samochodach, ale dopiero po wspólnym obiedzie we Węgierskiej Górce rozjechały się nasze drogi.
Święta w Beskidzie Żywieckim były nie tylko naszymi pierwszymi poza rodzinnym domem ale również był to nasz debiut w chodzeniu zimą po górach. Nie mogliśmy sobie wymarzyć lepszej pogody. Pomimo, że warunki na szlaku nie są łatwe i ciężej idzie się w śniegu z upchanymi plecakami i trzeba dobrze się ubrać to na pewno nie był to nasz ostatni wypad w góry zimą. Nadal jestem pod wrażeniem dzielnych dzieciaków jak pokonywali zaśnieżone szlaki. A słońce, mróz i śnieg w górach to po prostu bajka idealna.
















P.S. Dziękujemy pomysłodawcą, że o nas pamiętali i współtowarzyszą za miłe chwile na szlaku. Oby do następnego razu….


Komentarze

  1. Jakbyście byli kiedyś w Czechach znowu to pisz koniecznie! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My to w Czechach często jesteśmy bo mieszkamy zaledwie 1km w linii prostej przez pola ;)

      Usuń
  2. Olu cudowne zdjęcia Wam wyszły, jeszcze raz dzięki ze mogliśmy być częścią tej przygody :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nam niezmiernie było też miło spędzić ten czas z Wami :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty