Rowerowy "odpoczynek" na Morawach


To miał być spokojny nieco przedłużony weekend, a już pierwszego dnia na własne życzenie dostaliśmy po kościach. Przekonaliśmy się, że Południowe Morawy to nie do końca tylko winnice i Palava. Można powiedzieć, że Park Narodowy Podyji totalnie nas zaskoczył, oczywiście tak pozytywnie choć do dziś na wspomnienie pierwszej wycieczki rowerowej po tych terenach mamy przed oczyma podjazdy z 10% nachyleniem ciągnące się kilometrami. Widoki jednak nagradzały nasze trudy. Słońcem przywitał nas kolejny dzień we Vranowie na swojskim i nie typowym polu namiotowym. Po skonsumowaniu śniadania na świeżym powietrzu i spakowaniu prowiantu, koców i strojów kąpielowych do pojemnego bagażnika vozika znów dosiedliśmy nasze dwukołowe rumaki by ruszyć przed siebie.
Jednak obraliśmy kierunek odwrotny niżeli ten w przeddzień, bo chcieliśmy dać odpocząć nogom, co na terenie Parku Narodowego Podyji wcale takie proste nie jest. Tomek zresztą zaraz po przebudzeniu oznajmił: „kochanie dziś to naprawdę ma być lajtowo”. No tak wczoraj też miało być a wyszło jak zwykle inaczej. Naszym celem tego dnia była plaża na terenie kempingu w miejscowości Bitov. Nie zgadniecie jednak co na dzień dobry pojawiło się na naszej trasie??? Oczywiście górka!!!!ale jakoś tak równomiernie rozłożona, że za bardzo nawet jej nie odczuliśmy. A może już się przyzwyczailiśmy? Za to zjazd do Bitova to było coś pięknego, idyllę  zakłócały tylko myśli- czy wracać nam przyjdzie pod tą ogromną górkę?? Zanim jednak ruszyliśmy w drogę powrotną miał być plażing i smażing nad wodą. Na plażę w Camping Bitov weszliśmy za darmo, pomimo, że nie byliśmy tam zakwaterowani, jedynie trzeba było zapłacić za użytkowanie basenu ze zjeżdżalniami. Oczywiście Ed kiedy tylko widział ślizgawki koniecznie chciał na nie iść, tak więc zakupiliśmy jeden bilet i na zmianę chodziliśmy z nim. Woda w basenie, pomimo lipcowych temperatur była wręcz lodowata, ale nasz dzielny rycerzyk koniecznie chciał zjeżdżać. Samego na te zjeżdżalnie nie można było puścić, bo w basenie płytko wcale nie było, a bynajmniej naszego 90 cm synka zakrywało, więc trzeba było go asekurować. O ile Tomkowi szło to gładko to w moim przypadku już przy pierwszym chwytaniu rozpędzonego Edwarda doszło do mega zderzenia, tak że mi się gwiazdki jak w kreskówkach wokół głowy pokazały. Na szczęście młody wyszedł z tego bez większego szwanku. W bliskiej odległości od kempingu były dwa zamki- zamek Cornštejn oraz zamek Bitov, ale niestety, że trzeba było by wyruszyć w wędrówkę prawie, że górską by do nich się dostać to sobie je odpuściliśmy, bo z rowerami i przyczepką to raczej tak średnio by nam to wyszło. Bierne odpoczywanie jednak nie jest dla nas – po trzech godzinach „słodkiego” nic nierobienia mieliśmy dosłownie dosyć i ruszyliśmy zmierzyć się z kolejną górką.






Dwudziesto kilometrowa trasa do naszego namiotu prowadziła nie tylko asfaltem, ale również piękną trasą w lesie, choć w pewnym momencie żałowaliśmy, że zamiast naszych trekkingów nie mamy rowerów górskich MTB, bo nasze rowery tonęły w błocie. W sumie do końca nie pojechaliśmy chyba trasą rowerową, a pieszą ale co tam: no risk no fun!!! Do miasteczka Vranov nad Dyji wjechaliśmy od strony  zbiornika wodnego  Vranov, gdzie  znajduje się wielka zapora wodna- vranovská přehrada oraz vranovská plaża. Zapora wodna ta mierzy 60 m wysokości i jest długa na 292 m. Zbudowana została w latach 1930-1934 i dziś nie tylko służy jako elektrownia i ważny element gospodarki wodnej, ale również stanowi rekreacyjną strefę miasta. Teren w około zapory stanowi deptak wyłączony z ruchu samochodowego z licznymi knajpkami i restauracjami, a na przeciwległym brzegu na który prowadzi długi most, jest plaża oraz kemping. Pooglądaliśmy, zrobili winne zakupy i pojechaliśmy relaksować się przed wieczornym kibicowaniem. Niestety nasz gospodarz nie należał do fanów piłki nożnej, a i odbiór WiFi nie był najlepszy, wiec udaliśmy się do centrum miasteczka w poszukiwaniu restauracji z dużym telewizorem by z tubylcami obejrzeć najważniejszy mecz tego roku, czyli finał Mistrzostw Świata.
Jak już napisałam na początku tego posta Południowe Morawy naprawdę zaskakują, bo tutaj w Narodnim Parku Poddyji zastaliśmy całkiem inne Morawy niżeli te poznane rok wcześniej. Mniej tutaj tych „toskańskich” widoków za to teren jest bardziej górski, ale nadal pozwalający na aktywny odpoczynek rowerowy. Górki są owszem, ale nawet z vozikiem da się po nich jeździć, jest to po prostu bardziej wymagający odpoczynek, za to widoki na "czeską amazonię" są warte pokonania tych trudności.













P.S. Teraz kiedy nam tęskno za Południową Moravą po prostu co niedziela zasiadamy przed telewizorem, bo czeska telewizja Prima nadaje świetny serial komediowy Vinaři (tłum. Winiarze), coś w stylu naszego polskiego „Rancza” czy „u Pana Boga za piecem” a to wszystko w pięknej scenerii Palavy. Na serial natrafiliśmy przypadkowo słysząc w radiu piosenkę (link poniżej) Chinaski – Víno tekst „My máme rádi víno…. žilách nám proudí moravská krev” (kochamy wino….w żyłach nam płynie morawska krew) utkwiła nam w pamięci i w przeszukiwaniu Internetu za teledyskiem do piosenki natrafiliśmy na tytuł serialu. Kto nie ma dostępu do czeskiej telewizji może obejrzeć serial na YouTube lub na PlayPrima- tyle że jest to w języku czeskim.


"będziemy pić mleko dopiero jak krowy zaczną jeść winogrona"
(foto z http://www.iprima.cz/vinari)

"W winie jest prawda, ale nie wiadomo w której butelce"
(foto ze http://www.iprima.cz/vinari)


Komentarze

Popularne posty