I znów pod górkę?! Rowerem po Parku Narodowym Podyji


Na Południowe Morawy trafiliśmy przypadkiem w zeszłym roku, kiedy to Tomek jechał na ratunek poturbowanej rowerzystce i od razu zauroczył nas ten zakątek Czeskiej Republiki. Nawet nie przepuszczaliśmy, że zaledwie coś ponad 200 km od naszego domu znajduje się taki piękny region, jakim są właśnie Jižní Moravy, że jest tu wszystko czego potrzeba by poczuć się jak na toskańskiej ziemi- złociste latem pola uprawne, zielone winnice i smaczne wino.  Co prawda architektura już bardzo odbiega od średniowiecznych miasteczek Toskanii to i tak niskie domki oraz liczne „sklepy” (piwnice) mają swój nie odparty urok. W zeszłym roku poznaliśmy okolice wokoło Palavy, w tym roku wybraliśmy się nieco dalej, bo w stronę austriacko-czeskiej granicy w okolice Znojma.
Zachwyceni fotorelacją blogerów z Gdzie wyjechać-Wędrowne Motyle postanowiliśmy sprawdzić co zaoferuje nam- rowerzystom Narodni Park Podyji.
Jasnym dla nas było, że oprócz rowerów zabieramy namiot- nasz ukochany mobilny domek, który Edward po prostu ubóstwia. W poszukiwaniu fajnego kempingu natrafiliśmy na niecodzienne pole namiotowe, które znajdowało się w sadzie pensjonatu Drops we Vranovie nad Dyji. Trzeba przyznać pomysł by zrobić sobie we własnym ogródku pole namiotowe jest ideą dość ciekawą, zwłaszcza z takim widokiem, jak ten co zastaliśmy w Dropsie na vranowski zamek.. Wystarczy małe zaplecze sanitarne i wszystko gra. Ba! Nawet miejsce na ognisko było i basen oraz piaskownica z pełnym wyposażeniem dla małego. Miejsce nam się spodobało, więc nawet nie myśleliśmy by jechać dalej szukać miejsca po większych typowych kempingach.



Po wypakowaniu naszych gratów i rozstawieniu namiotu, ruszyliśmy na krótką wycieczkę rowerową. Przynajmniej taki był zamysł - miało być krótko, a przypadkiem wyszło 60km i to jeszcze w terenie, który mocno dał nam popalić. Trasa zaczynała się dość niewinnie w lesie wzdłuż rzeki Dyji by już po niecałych 4km dać nam przedsmak tego co czekało nas na dalszych kilometrach. Bardzo stromy podjazd na ścieżce leśnej dosłownie uniemożliwił nam jazdę, zwłaszcza Tomkowi, którego przyczepka ściągała w dół. Z drugiej strony powinniśmy być nastawieni na to, że przyjdzie nam wjechać stosunkowo wysoko by podziwiać w pełni widzianą na zdjęciach „Czeską Amazonię”, bo tak zwany jest Park Narodowy Podyji. Zresztą zanim ujrzeliśmy te zachwycające widoki, zjechaliśmy do miejscowości Čížov, by w klimatycznej czeskiej gospodzie uzupełnić płyny i napełnić brzuchy. Ogólnie pogoda jak i sama trasa była w tym dniu bardzo zróżnicowana, bo raz świeciło nam słońce, by za chwilę poczuć na twarzy letni deszczyk, a za jakiś czas ubieraliśmy kurtki, bo robiło się nieprzyjemnie chłodno.  Hmmm, a trasa? No trasę to też mieliśmy ciekawą, bo i ścieżki leśne były, i asfalt, i bruk taki, że jechać się nie dało i przyjemne drogi polne.













Z gospody w Čížovie kierowaliśmy się na winnice Šobes, zanim jednak do nich dotarliśmy zrobiliśmy małą odskocznię by zobaczyć zamek Novy Hradek, ukryty w lesie. Dużo z ruin nie zobaczyliśmy, bo brama wejściowa była szczelnie zamknięta. Płatne zwiedzanie zamku tylko o pełnych godzinach, a myśmy nieco się spóźnili i szkoda nam było godzinę czekania. W dodatku jeszcze zbudził się marudny książę w swej karocy i postanowił, że on to już w voziku jechać nie chce tylko pójdzie piechotą. Po kilometrze dreptania udało nam się jaśnie pana znów usadowić w voziku i lasem ruszyliśmy dalej pod górę by w końcu znaleźć się jeszcze wyżej nad nurtami rzeki Dyje. Co chwila też przystawaliśmy na niezbyt dobrze oznaczonych punktach widokowych by spojrzeć w dół zielonego kotła. Skąd wiedzieliśmy, że akurat tam znajdowały się punkty widokowe skoro były one źle oznaczone? Ano z tego, że przy drodze było mnóstwo zaparkowanych rowerów, a ich właścicieli brak. Pewnie musieli być przecież w pobliżu, skoro rowery tak sobie tylko zostawili. Po zrobieniu fotek i kolejnych pertraktacjach z najmłodszym uczestnikiem wyprawy pomknęliśmy w poszukiwaniu słynnych winnic Šobes. Droga w końcu okazała się dla nas łaskawa, bo to właśnie wraz z pierwszymi krzakami wina z rozpoczęliśmy nasz zjazd w dół znów ku rzece. W połowie drogi naszym oczom ukazała się mała drewniana chatka, albo raczej budka, a wokoło mnóstwo rowerzystów z kieliszkami wina w dłoniach. Jak to się mówi na Morawach wino to nie alkohol, ale substytut wody. Nie tylko chcieliśmy pokosztować gronowego napoju, ale również zakupić sudove vino (wino z beczki) w nagrodę na później jak już dotrzemy do naszego „domku”.  Niestety Pani sprzedawała tylko butelkowe wino, co oznaczało dodatkowy nadbagaż, bo jednak plastikowe butelki dużo lżejsze są niż te szklane, a no i cena też inna. Zresztą sudove vino kupiliśmy dopiero będąc niedaleko naszego kempingu, bo po drodze w żadnej wiosce nie było sklepu (piwnicy), jakich na Palavie masa. A co jeszcze śmieszne to fakt, że wino, które kupiliśmy nie pochodziło ze znojemskiej ziemi, ale z Palavy właśnie. Wracając jednak do naszej trasy. Uradowani, że udało nam się niesłychanie nierównym brukiem zjechać do kładki nad Dyją mieliśmy nadzieję, że to koniec naszej katorgi pod górkę, ale nic bardziej mylnego, choć te dotychczasowe góreczki to i tak nie były takie aż złe, bo najgorsze jeszcze było przed nami. Robiąc przerwę na placu zabawa w Hanice nie zdawaliśmy sobie sprawy, że jesteśmy dopiero w połowie drogi.


















Austria przywitała nas rozległymi polami mieniącymi się wszystkimi odcieniami koloru żółtego i zielonego. Teraz byliśmy na terenie Parku Narodowego Doliny Dyi - Nationalpark Thayatal. Na dzień dobry szybki zjazd do miasteczka, by zaraz za kościołem natrafić na pierwszy podjazd o nachyleniu 10%, który ciągnął się nam przez 5km aż do Niederfladnitz. Dobrze chociaż, że asfalt pod kołami był równy. Wiadomo, kiedy jest pod górkę to musi być i przecież „z górki na pazurki”. Przyjemny wiaterek, nogi w bezruchu, a my mkniemy z prędkością 30 km/h w dół. Chwilowy relaks i nadzieja, że teraz już będzie prostka. Nic bardziej mylnego znów pod górkę i z górki. Nagle naszym oczom ukazał się piękny wielki zamek, który wyglądał jak z bajki. Wznosił się wysoko na szczycie samotnego wzgórza- wyglądał jak nie do zdobycia.  Faktycznie nawet stojąc u jego stóp widać jak Zamek Hradegg wysoko góruje nad wioską o tej że samej nazwie. Nas już mocno gonił czas, a i zmęczenie dawało się we znaki to podziwialiśmy jedynie zamek z  drogi. Do tego Edward po raz kolejny stwierdził, że pozostałe 15km on to już dalej idzie piechotą. I wyobraźcie sobie, że młody chyba coś musiał przeczuwać, bo ostatnia górka zrzuciła nas z rowerów. A za każdym zakrętem mieliśmy nadzieję, że w końcu będzie z górki lub chociażby po prostej- byle nie żadnego podjazdu. Tkwiliśmy w tej nie świadomości jadąc i idąc na zmianę aż do miejscowości Felling. W sumie z Hradeeg mogliśmy przejechać na czeską stronę i ruszyć do domu znaną już nam leśną ścieżką z Čížov- Vranov, ale że lubimy poznawać nowe okolice wpakowaliśmy się właściwie z deszczu pod rynnę. Przez te wszystkie podjazdy i zjazdy to nieco straciliśmy orientację w terenie i jakim, że zaskoczeniem dla nas było kiedy ukazał nam się Zamek we Vranovie….co za ulga- do namiotu mieliśmy już z górki. Tej nocy spaliśmy jak susły. Nawet nie wiem kto z nas pierwszy zasnął.









Komentarze

Popularne posty