Historia pewnego przewodnika


Szperając ostatnio w poszukiwaniu przewodnika po Budapeszcie w związku z naszym przyszłym wyjazdem weekendowy, znalazłam stary przewodnik z Marco Polo wydany w 1996. Zaraz mi się też przypomniało jak to było z zakupem tego przewodnika i jak to prawie 11 lat temu już raz do Budapesztu się wybieraliśmy.

Było to koniec lata 2003, kiedy to jeszcze z Tomkiem byliśmy piękni i młodzi (hehehh taki se mały żarcik) i po ciężkich 6 tygodniach pracy przy ogórkach w Niemczech spontanicznie zdecydowaliśmy się pojechać do Štúrovo na Słowacji, gdzie przebywali Tomka rodzice w wypożyczonej przyczepie kempingowej. Miasto Štúrovo leży nad Dunajem i graniczy z Węgrami, a dokładnie z miastem  Esztergom i słynie z jednego z największych kąpielisk termalnych na Słowacji Vadaš. Nadarzyła się okazja, więc i my pojechaliśmy wygrzać tyłki w termalnych wodach. Byliśmy tam niespełna tydzień i pewnego dnia jeżdżąc palcem po mapie zauważyłam, że Budapeszt z tego Štúrovo to rzut beretem- jakieś 40km. Padła decyzja zanim pojedziemy w kierunku Polski to udamy się na całodzienne zwiedzanie Budapesztu skoro to tak blisko. Pobiegliśmy do księgarni by się zaopatrzyć w jakieś mapy, przewodniki. Jedyny przewodnik jaki mieli to ten co widzicie na zdjęciu powyżej i to w języku niemieckim. Kolejne dni spędziłam na czytaniu i zaznaczaniu miejsc, które chcemy odwiedzić w Budapeszcie. Przyszedł dzień wyjazdu, spakowani i w dobrych humorach pojechaliśmy na przejście graniczne Štúrovo – Esztergom, ale już wyjeżdżając z kampingu jakieś dziwne stukanie  w kole zaniepokoiło Tomka. Niestety po przejechaniu granicy stukanie nie ustawało, a Tomek coraz bardziej się denerwował, że może to być coś poważniejszego. Podejrzewał, że coś z przegubem jest nie tak, a jakby nam przegub walnął to jesteśmy uziemieni, a do domu jakieś 380 km. Po krótkiej dyskusji  i z ciężkim sercem zawróciliśmy samochód. Na granicy pewnie Węgrzy się dziwili, że ledwo co przejechali już wracają. Tomek wykonał telefon do zaprzyjaźnionego mechanika, który tylko potwierdził jego podejrzenia i zalecił byśmy nie jechali za szybko, a raczej tak 40-50km/h i nie robili ostrych skrętów kółkami. To były nasza najdłuższa trasa do domu i to w tak powolnym tempie, że jechaliśmy mocno prawym poboczem by inne auta mogły nas wyprzedzać. Jakieś 70km przed domem po przejechaniu polsko-czeskiej, kolejne mijające nas samochody wskazywały nam byśmy się zatrzymali i coś tam  pokazywali na koła samochodu. Po którymś razie w końcu Tomek zjechał i stwierdził, że w jednym kole brakowało jednej śruby, jedna była prawie, że na wypadnięciu, a pozostałe lekko poluzowane. Jechaliśmy 300km przez 8 godzin w żółwim tempie  z obluzowanym kołem- dobrze, że nic się gorszego nie stało, bo mogło być niebezpiecznie. Po dokręceniu koła jazda do domu już przebiegała bez problemowo, ale niesmak i złość, że nie dotarliśmy do Budapesztu przez w sumie taką błahostkę została. Później już będąc na miejscu opowiedzieliśmy naszą historię Tomka rodzicom i doszliśmy do wniosku, że poluzowana koło to chyba była sprawka jednego z gości kempingowych. Gdyż nasz samochód stał na kempingu przez cały nasz pobyt i było do niego dojście tylko od strony poluzowanego przedniego koła. Nasi polscy sąsiedzi urządzali co wieczór huczne imprezy i parę razy jeden Czech do nich zachodził po 22 by  byli już cicho, ale ci już w dobrych humorach byli, więc gościa ignorowali. Przypuszczamy, że facet tak się wkurzył, że chciał im zrobić na złość i zamiast im poluzować koło, pomylił się i nam zrobił psikusa. Czemu tak myślimy, bo wyjeżdżając na Słowację Tomek samochód przejrzał i przez całą drogę nic nam nie stukało ani nie brzęczało, a tutaj ledwo cośmy wyjechali z kampingu zaczęło się stukanie. Jednak stu procentowego potwierdzenia naszej tezy nie mamy, więc może faktycznie mieliśmy pecha, ale tego to raczej już się nigdy nie dowiemy. Jedynie co nam zostało to wspomnienie,  stempel przekroczenia węgierskiej granicy w paszporcie i ten to przewodnik. Po 11 latach w końcu jedziemy do Budapesztu i mamy nadzieję, że tym razem będzie dobrze, tym bardziej, że jedziemy pociągiem i z Edwardkiem.

Komentarze

Popularne posty