Werona- w odwiedzinach u Julii


Kiedy słyszycie Werona to pierwszym skojarzeniem pewnie jest tragiczna, miłosna historia Romea i Julii. Nie znam osoby, która nie słyszała by o tej słynnej parze szekspirowskich kochanków. Będąc w Bardolino nad Jeziorem Garda do Verony mieliśmy praktycznie rzut beretem- jakieś 40 km. Już przed wyjazdem na majówkę szukaliśmy w internecie informacji na temat trasy rowerowej z Bardolino do Werony, ale niestety tych informacji było niewiele. Dowiedzieliśmy się, tylko praktycznie tyle, że można się bez problemu dostać do Werony rowerem. Chcieliśmy jednak jakiś dokładniejszych informacji,
dlatego też wybraliśmy się do Informacji Turystycznej w Bardolino. Biegle mówiąca w języku niemieckim Pani oznajmiła nam, że owszem trasa istnieje i liczy sobie jakieś 40km w jedną stronę, ale musimy się wrócić do miejscowości Garda, przejechać przez Albare do Affi i tam już znajdziemy trasę wzdłuż rzeki. Jeśli pojechalibyśmy zgodnie z wskazówkami Pani z informacji turystycznej to byśmy nadrobili jakieś 10-15 km w jedną stronę! A do Affi z Bardolino w linii prostej było, co najwyżej 5 km. Prześledziliśmy dokładnie mapę i padła decyzja, że spróbujemy dostać się do rzeki po naszemu, czyli jedziemy na Affi lokalnymi drogami, na których przecież aż takiego ruchu nie było. Jak postanowiliśmy tak też zrobiliśmy i ruszyliśmy z centrum Bardolino promenadą nad jeziorem w stronę Cisano, by na dobre opuścić jezioro i udać się na wschód. Z rana ruchu na drodze nie było praktycznie żadnego, więc można było jechać bez obaw. Dojeżdżając do skrzyżowania już mieliśmy skręcić w stronę miasteczka Calmasino, ale rzucił nam się w oczy znak trasy rowerowej po przeciwnej stronie drogi. Najśmieszniejsze było, że trasą, która oznaczona była jako rowerowa na mapie zilustrowana była jako ślepa uliczka, ale raz „kozie śmierć” pojechaliśmy nią i to był bardzo dobry wybór nagle znaleźliśmy się wśród zielonych winnic, a ślepa droga, wcale taka ślepa nie była, bo asfaltowa fajna droga z przejazdem przez drogę szybkiego ruchu oraz przejazdem pod autostradą. Jadąc sobie tak zauważyliśmy na licznych słupach małe brązowe naklejki z obrazkiem roweru i nr 10.  Okazało się, że prowadzą one nas w stronę rzeki Adige (Adyga) tam gdzie zmierzaliśmy, więc wjeżdżając do kolejnej miejscowości wyglądaliśmy na słupach małych brązowych naklejek, które okazały się dla nas zbawieniem, bo to dzięki nim dotarliśmy do rzeki. Tyle, że nie jechaliśmy wcale jak początkowo myśleliśmy wzdłuż Adygi, tylko wzdłuż kanału Canale Medio Adige, a sama rzeka Adyga znajdowała się daleko w dole. Pisząc tego posta dokładnie przyjrzałam się zdjęciu, na którym widoczne był brązowe naklejki na słupach i się okazało, że widnieje na nich adres strony internetowej. Oznakowaniem trasy rowerowej, którą jechaliśmy zajmuje się stowarzyszenie przyjaciół rowerów- Amici Della Bicicletta di Verona, a na ich stronie jest pełen wykaz alternatywnych tras rowerowych m.in. i „nasza” trasa nr 10 Garda- Verona http://www.amicidellabicicletta.it/spip/spip.php?article1233 . Niestety strona jest w języku włoskim, więc trzeba się trochę nagimnastykować by dostać się do interesującego nas działu.

Z dala od ruchliwej strada regionale

trza mieć sokole oko

oznakowanie trasy Garda-Werona

prawie jak nasza trasa: http://www.amicidellabicicletta.it/spip/spip.php?article1233

Oznakowanie na "rowerostradzie"

rowerowa autostrada

w dobrym kierunku

Śluza na Adydze

 Wracając jednak do naszej wycieczki rowerowej do Werony. Kiedy już dostaliśmy się w rejon kanału, okazało się, że praktycznie do samej Werony mamy nie trasę rowerową, lecz dosłownie autostradę- piękna płaska droga, po której bardzo przyjemnie się jechało wzdłuż odgrodzonego kanału. Co chwila pojawiały się na trasie również tablice informacyjne, podające np. gdzie znajduje się na trasie woda pitna czy miejsce na odpoczynek. Świetna trasa, jedynie przy Bussolengo opuściliśmy rowerową autostradę, by przejechać przez to ciekawe miasteczko, z dobrze oznakowaną ścieżką rowerową. Problemy zaczęły się nam znów pojawiać praktycznie przed samą Weroną, bo przejechaliśmy przez wielką śluzę na rzece Adige i zamiast śmigać spokojną ścieżką rowerową wzdłuż kanału wkopaliśmy się na drogę z nie małym natężeniem samochodowym. Szybko jednak udało dostać się w rejony centrum historycznego.  Tutaj przy największym placu Piazza Bra, na którym znajduje się werońska Arena – jeden z najlepiej zachowanych amfiteatrów we Włoszech z   I wieku p.n.e. jest też Informacja Turystyczna, gdzie Tomek poszedł zaopatrzyć nas w mapę Werony. Zagłębiając się w centro storico Werony musieliśmy zejść z rowerów, bo ludzi było dość sporo i co chwila też pojawiały się w bocznych wąskich uliczkach samochody, więc jazda rowerem nie należała zbytnio do bezpiecznych. Zagłębiając się w wąskie ulice Werony pełne średniowiecznych budowli dotarliśmy do pięknego placu, co prawda zastawionego straganami i z białymi parasolami, ale i tak miał swój urok. Piazza delle Erbe, bo o niej mowa to kolejny ważny plac w Weronie, gdzie można zaopatrzyć się w m. in. świeże i soczyste owoce. Plac ten jest otoczony budynkami z pięknymi średniowiecznymi malowidłami ściennymi. Po zjedzeniu smacznej pizzy a taglio (cięta pizza) zakupionej w barze przy Piazza delle Erbe, ruszyliśmy w stronę tzw. „ Serca Werony”, czyli na Piazza dei Signori. Jest to nie duży placyk z pomnikiem Dantego Alighieri po środku, otoczony wieloma zabytkami- jednym z nich jest pasiasty budynek Palazzo del la Regione z  Torre dei Lamberti, czasami mylony  z domem Romea. Sam dom Romea znajduje się w niedalekim sąsiedztwie od Piazza dei Signori, zaraz obok Arche Scaligere, czyli pięciu gotyckich grobowców rodziny Scaliger, przy kościele Santa Maria Antica. Moim wymarzonym celem w Weronie oczywiście było zobaczyć sławny balkon, na którym to Julia czekała na swojego Romea. Ciężko jest ją nie przeoczyć, bo przed bramą wiodącą na mały placyk jest spory tłum, a wejścia pilnują dobrze ubrani włoscy strażnicy prawa. Na samym placyku wśród murów domu Julii i pod słynnym średniowiecznym balkonem, oczywiście ludzi nie mniej niż na zewnątrz, a tuż po przeciwnej stronie znajduje się sklepik z pamiątkami, jest też brama totalnie zapełniona miłosnymi kłódkami, ściana oblepiona gumami do żucia - bleeee i jest też i ona- Julia. Zdjęcia z posągiem nie zrobiłam- ciężko było się dopchać, bo zdjęcie takowe każdy chce mieć i najlepiej trzymając którąś z piersi średniowiecznej nastolatki. A propos wie ktoś, dlaczego wszyscy chwytają pomniki Julii za piersi??? No cóż, ale być w Weronie i nie widzieć Casa di Giulietta to tak jakby się było w Rzymie i nie zobaczyło Coloseum. Po upragnionym zobaczeniu Domu Julii udaliśmy się na smaczną włoską kawę i nasze zainteresowanie przykuł śniady Włoch bardzo dobrze mówiący po angielsku, co nas oczywiście zaskoczyło. Jak się okazało nasz kelner wcale nie był rodowitym Włochem, lecz pochodził z Pakistanu, dlatego tak dobrze umiał po angielsku, bo wiadomo Włosi to głównie tylko italiano gadają i nic po za tym. Ogólnie zauważyliśmy, że w Weronie jest dość wielki mix kulturowy i znajdziemy tutaj reprezentantów każdej praktycznie nacji czy to hinduski ubrane w typowe dla siebie stroje czy też czarnoskórzy sprzedawcy dupereli.

Bazylika św. Zenona

na Piazza Bra

kolorowa Werona - piazza Bra

Jest mapa można ruszać na poszukiwania

werońska Arena- amfiteatr

wysokie zabudowania dają przyjemny chłodek

Ponad parasolami na Piazza dell Erbe

Palazzo della Ragione 

Dante na Piazza dei Signori,

mylnie zwany Casa di Romeo

Wejście do Casa di Giulietta

dziedziniec domu Julii

miłosne kłódki

kłódki budziły zainteresowanie Edwarda

Pomnik średniowiecznej Julii 

współczesna Julia na słynnym balkonie

przy a raczej pod Via Leoni


Opuszczając „rzymskie” centro storico Werony mijaliśmy Porta Leoni oraz odkryte częściowo pozostałości rzymskiego panowania w postaci resztek kanału i dawnych ulic znajdujące się pod ulicą Via Leoni. Wszystkie drogi w Weronie prowadziły nas powrotem na Piazza Bra i dalej w stronę „weneckiej” bramy wejściowej do miasta Porta Nuova. Za murami miasta, co prawda znikły tłumy turystów, lecz ukazały się tabuny samochodów. Nie bylibyśmy sobą gdyby nie straciliśmy trasy rowerowej próbując opuścić te ruchliwe ulice Werony, bo trasa na mapie nie do końca była zaznaczona dokładnie, a jak wiadomo znaków drogowych brak i jechaliśmy nieco na wyczucie- wiedzieliśmy tyle, że musimy trzymać się kanału a dojedziemy do naszej „rowerowej autostrady”. Takie szukanie i błądzenie ma też swoje zalety, bo przypadkiem odkryliśmy fajny sklep z winem tuż obok naszego ulubionego marketu na „L”. Wino z Cantina Valpantena tak nam zasmakowało, że parę dni po naszym rowerowym wypadzie do Werony, jadąc już w dalszą drogę z nad Gardy w kierunku Triestu nadłożyliśmy drogi i kupiliśmy parę butelek.

 Jak już wspomniałam zwiedzanie tak pięknego miasta jak Werona z rowerami i przyczepką to nie lada wyzwanie i szczerze mówiąc, jeśli chcecie bardziej zagłębić się to miasto niżeli tylko zobaczyć sztandarowe punkty to raczej nie wybierajcie roweru, chyba, że umiecie go gdzieś bezpiecznie zostawić. 

i postój na kolejną pizze- Via Leoni

niespodzianka na ścieżce rowerowej- zmieścił się ;)

chyba jednak źle zabezpieczony rower

nasza trasa do Werony - prawie 75 km

Komentarze

  1. Kłódka - nasza młodsza nie potrafi przejść obojętnie obok ;) Piękne zdjęcia. Parkingi dla rowerów by się przydały choć u nas to może niech zaczną od dróg rowerowych ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dokładnie wskazany rozwój infrastruktury rowerowej u nas a we Włoszech i na Słowenii muszą popracować nad lepszym oznakowaniem ;)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty