Pod wiatr

  

Praktycznie cały czerwiec nie ruszaliśmy się z domu, bo trwały przygotowania do wesela i każdy weekend jakoś był bardziej lub mniej zajęty. Tym bardziej ostatni weekend czerwca stwierdziliśmy, że trzeba się gdzieś wyrwać i to najlepiej rowerami. Ze względu na to, że chcieliśmy zostać na noc pod namiotem  i żeby nie było jednak aż tak daleko od domu to  padło na Kemping w Lučina pol. Łuczyna (Czechy) nad zbiornikiem wodnym Žermanice, przy okazji miało być zwiedzanie Karviny- Starego Miasta. Trasę ustaliliśmy za pomocą
mapy.cz – jest to świetna stronka, która po terenie całych Czech pozwoli nam ustalić interesującą nas trasę rowerową, czy też nawet pieszą. Gorąco polecamy dla osób podróżujących po Czechach. Po spakowaniu namiotu, karimat, śpiworów i koca piknikowego do przyczepki rowerowej, zapełniliśmy nasze jeszcze nie wypróbowane jak dotąd torby rowerowe w niezbędne ciuchy i jedzenie na 2 dni. W życiu nie miałam tak ciężkiego roweru. 

Trasa 6257 Stary Bohumin- Louky nad Olší 

piknik w trasie

Trasa 6257 

Jedziemy w stronę rzeki Olza

Elektrownia Dětmarovice

   Początkowo trasa prowadziła  nas przez dobrze nam znane „nasze” tereny i to głównie drogą asfaltową, dopiero w Dolní Lutyně (pol. Lutynia Dolna) wskoczyliśmy na trasę rowerową 6257, której długość liczy sobie 41km i prowadzi głównie wzdłuż rzeki Olza. Trasa fajna i nawet dobrze oznaczona, ale strasznie wiał wiatr co było dla nas wielkim obciążeniem.  Na odcinku Detmarovice-Karvina napotkaliśmy utrudnienia w postaci prac remontowych. Tomek tego dnia jakoś już po 30 km ciągnięcia Edusia miał kryzysik, dlatego zwiedzanie Karviny zostawiliśmy sobie na inny raz - na jakiś jednodniowy wypad. Zmęczenie i wiejący w twarz wiatr był też powodem, dlaczego zamiast jechać na Chotěbuz (pol. Kocobęc) skierowaliśmy nasze rumaki w stronę wioski Stonava. Przejeżdzając obok placu zabaw musieliśmy się oczywiście zatrzymać, bo mały książę potrzebował się wyszaleć. Popijac zimny czeski złoty napój zauważyliśmy, że tutejsi mieszkańcy mówią w języku czeskim, ale z mocno polskim akcentem, tak, że dużo łatwiej było ich zrozumieć. Według Wikipedii w 2001 roku narodowość polską miało prawie 26% mieszkańców tej niewielkiej czeskiej wsi. 
  Kiedy przyszło nam ruszyć w dalszą trasę kryzysik dopadł Edusia, bo stwierdził, że chce by go mama ciągła a nie tato. Tylko, że dla mnie to była katorga, bo jednak przyczepka konkretnie obciążona była. W sumie dałam radę przejechać parę kilometrów z młodym, ale pokonał mnie dość długi podjazd pod górkę, więc oddałam rower Tomkowi ku niezadowoleniu naszego synka.  Młody pomarudził i ostatni etap naszej 60 km wycieczki przespał a my pokonywaliśmy kolejne górki. Ogólnie ten wyjazd obfitował w same podjazdy pod górkę ku naszemu nie zadowoleniu.

Remontowana trasa rowerowa po wale 

rzeka Olza

trasa wzdłuż Olzy

wspinaczki po rzeźbie

nie tylko Edi miał frajdę na placu zabaw w w Stonava

"Tato, a to wagonik z czarnymi kamieniami"

Kościół w Stonavie 

Kryzys w Stonavie
drewniany kościółek

ku zadowoleniu syna, mam ciągnie pod górkę

piękny domek

   Umęczeni dotarliśmy w końcu do kempingu w Lučinie. Namiot rozbiliśmy niedaleko jeziora i wygłodzeni rzuciliśmy się na chleb i jajka na twardo, nawet Ed nie protestował.  Sam kemping szału nie robił, ale było stosunkowo czysto i gorący prysznic (choć dodatkowo płatny) też był. Nawet na terenie była restauracja, ale my nie korzystaliśmy z jej gastronomicznych usług. Noc minęła nam ekspresowo pomimo, że mocno wiało. Już o 7 byliśmy na nogach i po porannej toalecie, pałaszowaliśmy konserwy rybne na śniadanie. Krótkie moczenie stóp w lodowatym jeziorze, później szybkie pakowanie i ku nie pocieszeniu naszego synka ruszyliśmy w drogę powrotną przez Frydek-Mistek. Po 3 km Edusia dopadł pierwszy i nie ostatni tego dnia kryzys. Płacz i lament, że on chce by go mama ciągła, na nic nie zdawały się prośby, groźby i wyjaśnienia. Na syrenie jechaliśmy jeszcze kolejne 5 km, kiedy to nasz syn dał za wygraną.

pole namiotowe na kempingu w Lučinie

kolacja

   Miasto Frydek –Mistek ma fajnie rozwiązaną infrastrukturę rowerową i daje do wyboru z pośród 4 pętli wokół miasta i okolic. Poruszając się po jednej z nich nr 6004 dotarliśmy do placu zamkowego (zámecké náměstí ve Frýdku), ale jakoś tak specjalnie nie mieliśmy nawet ochoty na większe zwiedzanie, a zwłaszcza z obładowanymi rowerami bywa to kłopotliwe, dlatego jednomyślnie ruszyliśmy w dalszą drogę. Po opuszczeniu granic miasta natknęliśmy się na fajną restaurację nad niewielkim jeziorem i co najważniejsze z placem zabaw. Mieliśmy nadzieję, że po pysznym obiedzie i Edika szaleństwach na placu zabaw dalsza trasa zleci nam już jak z płatka. Nic bardziej mylnego- Ed znów protestował. Dalsza trasa, choć cały czas pod górkę i z górki przebiegała dość dobrze, choć nogi coraz to bardziej bolały to jednak sprawnie dojechaliśmy do Petřvald (pol. Pietwałd).  Tutaj oraz w Rychvald'zie zaczęło się szukanie trasy, bo niestety nad jeziorkiem moją zapisaną z kierunkowskazami i trasami karteczkę zwiało nam do wody, a okolice te mają dziwne oznaczenia tras nie numerowe a literowe typu A, B,C, itp. .Jechaliśmy nieco na wyczucie, ale szczęśliwe trafiliśmy na dobrze już znane nam tereny Bohumina. Po tym poszukiwaniu trasy przyszła nam myśl, że może jednak warto zainwestować w urządzenie GPS? Jak na razie jednak zamówiliśmy Atlas rowerowy Czech, zobaczymy ja się spisze.

Lysa Hora w tle

our bikes

próba "udobruchania" Edwarda

trasa 6004 we Frydek - Mistek

zámecké náměstí ve Frýdku

w tle Nepomuk – figura świętego Jana Nepomucena

przynajmniej jest z górki

restauracja na obrzeżach

Smaczne, choć tłuste czeskie jedzenie

takie trasy to my lubimy

cisza i spokój w lesie

spacerowicze

   Podsumowując ten wypad rowerowy to mogę śmiało powiedzieć, że niestety nie zawsze jest różowo. Czasem zmęczenie, nie współpracujące dziecko, jazda pod wiatr i masa podjazdów pod górkę sprawia, że chcemy być jak najszybciej w domu czy na miejscu i odpocząć. Jednak z drugiej strony takich dni i wypadów jak ten jak dotąd praktycznie wcale nie mieliśmy, dlatego nadal będziemy ruszać na weekendowe wypady rowerowe. Choćby dla tego bycia sami ze sobą, dla taplania stóp w zimnej wodzie, dla wygłupów na trawie, dla wielkich oczu Edika, kiedy pomaga rozstawić namiot. 

selfie, albo jak my mówimy samojebka

trasa dzień pierwszy 60 km

trasa dzień drugi- 65 km

Komentarze

Popularne posty