Zlot w Gorcach


Jak tylko dowiedzieliśmy się, że „Góry z Dzieckiem” organizują kolejny zlot, tym razem w Gorcach to długo nie zastanawialiśmy się czy jechać. Widzieliśmy już ich wcześniejsze relacje ze zlotów m.in. Beskid Żywiecki. Świetna sprawa taki zlot rodzinny w górach z atrakcjami dla dzieciaków, nawet urodziny są obchodzone z ciastem i świeczkami. Ruszyliśmy już w piątek zaraz po pracy z zamiarem nocowania na Polanie Oberówka w Koninkach. Oczywiście jak to czasem bywa czegoś w domu zapomnieć trzeba, tym razem była to auto-mapa Polski. Trasa nie była specjalnie wymagająca i wiedzieliśmy, gdzie i jak się kierować na Nowy Targ, ale nasze miejsce biwakowe okazało się znajdować jakieś 40 km od Nowego Targu. Na szczęście dla nas komórki ze sobą zabraliśmy co pozwoliło nam by to GoogleMaps nas nawigowało. No, ale jak to bywa z takimi wynalazkami jak nawigacja w komórce nie mogło obejść się bez przygody.
W miejscowości Olszówka nawigacja poprowadziła nas wąską ulicą w głąb miejscowości, gdzie po około 1 km po prostu skończył się asfalt i dalej już prowadziła zwykła polna droga z koleinami. Z racji tego, że ciężko było zawrócić brnęliśmy tą drogą do przodu jak nawigacja nam przykazywała. Niestety po kolejnym kilometrze nie jako nasza jazda się skończyła, gdyż na zakręcie stał sobie „busik” z przyczepką, tarasując całą drogę. Tomek wyskoczył z popytać o co chodzi i zauważył, że nie był to jedyny pojazd, który utrudnia nam przejazd. Kawałek dalej od busika za zakrętem stała wielka ciężarówka i ładowano na nią świeżo ścięte drzewa. Miły góral poinformował go, że jak najbardziej jedziemy w dobrym kierunku, ale musimy poczekać aż oni skończą załadunek. Niestety robiło się  coraz ciemniej, a nam zależało by zdążyć jeszcze rozbić namiot zanim zapadną egipskie ciemności. Miły góral jednak wskazał nam alternatywną drogę przez łąkę. Nie widząc innego wyjścia Tomek wycofał nieco samochodem, skręcił w lewo, przejechał nieco przez las i przegonił nasze mechaniczne koniki przez podmokłą łąkę, dodatkowo jak by tego już mało było przyszło nam jeszcze przelecieć nieco w powietrzu nad niewielkim rowem. Trzepotało nami w samochodzie niesamowicie, ale nasz dzielny rumak spisał się świetnie i tak jak my wyszedł cało z tego dzikiego rajdu. Szczęśliwie jeszcze przed zachodem słońca dojechaliśmy do Koninek i stosunkowo szybko odnaleźliśmy naszą bazę noclegową.  Po rozłożeniu namiotu Tomek poszedł jeszcze do leśniczego powiadomić go o naszej obecności na Polanie Oberówka, a ten życzył nam dobrej nocy i zapewnił, że raczej powinno nam tam być bezpiecznie. Noc na Oberówce była w sumie naszą pierwszą na takim biwaku- bez ludzi, prądu i wody.  Słychać jedynie było odgłos potoku, szmer drzew, a kiedy zapadła już noc na niebie widać było milion gwiazd. Z kolei wcześnie rano (około 4) ptaki dawały przepiękny koncert. Tak dobrze to chyba jeszcze nam się pod namiotem nie spało. Po obfitym śniadaniu ruszyliśmy w drogę,  by zdążyć na zbiórkę  na parkingu w dzielnicy Kowaniec (Nowy Targ).








Na facebooku widzieliśmy, że będzie nas naprawdę dużo uczestników, ale jak to najczęściej bywa dużo osób się deklaruje, a później i tak nie bierze udziału. Jakież było nasze zaskoczenie kiedy widzieliśmy pełen parking samochodów i duży tłum opiekunów i dzieciaków.  Na schronisko na Turbaczu ruszyliśmy cała gromadą szlakiem zielonym, który wpierw prowadził drogą asfaltową, a później już dreptaliśmy leśną drogą, która momentami dawała nieźle nam popalić, bo zdarzyło się kilka ostrych podejść pod górkę. Tomek oczywiście jak zawsze parł do przodu, mijając kolejnych uczestników, ale nie było mu się co dziwić, bo targał na sobie chyba ze 30 kg obciążenia: namiot, 3 maty samopompujące, 2 śpiwory, prowiant, ciuchy i inne akcesoria. Z kolei ja niosłam na plecach naszego bosonogiego szkraba, który chyba znów przytył. Jakieś 30 minut drogi przed schroniskiem już nieco zmęczeni zmobilizowaliśmy wszystkie nasze siły by czym prędzej dotrzeć do celu, gdyż za plecami od stron Tatr nadciągała burza. Edi w obawie przed burzą kazał trzymać sobie stópki, a sam próbował ukryć się głębiej w nosidle, jednak na pytanie boisz się burzy odpowiadał: „nieeeeeeeeee” Na szczęście udało na się dotrzeć przed nawałnicą do schroniska i załatwić sprawy meldunkowe. Ba! nawet Tomek zdążył rozłożyć namiot. I kiedy on poszedł po zasłużone piwo, my z Edusiem zostaliśmy sami w namiocie. I tu popełniliśmy  błąd, bo mogliśmy w trójkę udać się do schroniska, a nie trzaskać zębami ze strachu gdy naokoło grzmiało, waliły pioruny i zacinało gradem. No cóż człowiek całe życie się uczy. Po zasłużonym obiadku – konserwa rybna- ruszyliśmy obadać teren. Z tłumów oblegających w czasie burzy schronisko zostało niezbyt dużo osób pałaszujących obiadek w restauracji, a reszta widocznie pochowała się w pokojach by się rozgościć. Tak, więc sami w trójkę ruszyliśmy na 10 minutowy spacerek na najwyższy szczyt Gorców- Turbacz 1310 m n.p.m., mijając po drodze powyrywane z korzeniami drzewa. W między czasie obok naszego przenośnego domku rozbiły się inne osoby z namiotami i już nie byliśmy sami  „wariatami” w namiocie.






























 Zanim odbyło się rodzinne ognisko organizatorzy (Marlena i Mariusz) rozdali dzieciakom pamiątkowe plakietki oraz słodycze i osprzęt do puszczania baniek. Cały taras przed schroniskiem zamienił się w wielką banikową imprezę, Eduś był w niebo wzięty i wraz z innymi dzieciakami ganiał za bańkami. Na tym jednak nie koniec atrakcji dla dzieci, bo kiedy już znaczna ekipa zdobywająca Turbacz dołączyła do rozpalonego już wcześniej ogniska dzieciaczki dostały jeszcze lizaki, było malowanie twarzy i zabawy z chustą oraz urodzinowe muf finki i ciasto przygotowane przez Magdę. Edwardowi tak ciacho smakowało, że dwukrotnie ustawiał się po nie. Wczesne wstawanie, dużo emocji w ciągu dnia sprawiły, że Eduś dość szybko padł i już przed 22 opuściliśmy to fajne „ogniskowe” towarzystwo i pomknęliśmy do namiotu udać się na nocny odpoczynek. 












Kolejnego dnia wstaliśmy dość szybko, choć i tak przespaliśmy wschód słońca i na piękne zdjęcia było już za późno. Nieśpiesznie zabraliśmy się za śniadanko na świeżym powietrzu, a później za pakowanie naszych rzeczy, gawędząc sobie miło z naszymi „namiotowymi” sąsiadami. Eduś z kolei bawił się w najlepsze z małą Hanią. Wczesna pobudka sprawiła, że już ok. 10 byliśmy gotowi do zejścia. Pożegnaliśmy się z nowo poznanymi znajomymi i ruszyliśmy żółtym szklakiem w dół do samochodu. Droga w dół początkowo dość przyjemna, nawet Edi dreptał na piechotę maczając patyk w każdej napotkanej kałuży, później było nieco ciężej, bo drogę tarasowały powalone drzewa i trzeba było szukać alternatywnego przejścia, ale w sumie w 2h 40min zeszliśmy do auta.









 Zlot nam się bardzo podobał, fajnie było spotkać tylu nowych ludzi i ich dzieciaków. Wielki szacun dla organizatorów za pomysł i wszystkie te gadżety dla dzieciaków. Chociaż nie załapaliśmy się na zdjęcie grupowe to wiemy, że odbijemy to sobie następnym razem. Zlot w Gorcach był też naszym pierwszym wypadem z pełnym wyposażeniem i na pewno nie ostatnim. Już planujemy kolejne wypady w góry z Edusiem i naszym osprzętem. 



Komentarze

  1. Pozdrawiam i zapraszam na dłużej w Gorce www.helenowka. cba. pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. będziemy mieli na uwadze jak wrócimy w te strony :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty